25 lip 2014

dwa

Delikatnym ruchem poprawiłam koński ogon, w który uczesałam moje włosy, po czym chwyciłam do ręki ołówek i wróciłam do wystukiwania rytmu o blat biurka. Spędzałam już kolejne minuty na notowaniu listy rzeczy, które chciałabym zrobić przed śmiercią. Miałam z tym nie lada problem. Niektóre wydawały mi się zbyt banalne, jak na przykład kupienie sobie koszulki z logiem Batmana, której nie mogłam nigdzie znaleźć. Z kolei inne miały za długi termin realizacji. Raczej nie przeprowadzę się do Nowego Jorku i nie zobaczę na własne oczy jak opada kula na Times Square. Musiałam znaleźć coś, co na tyle wielkiego, że zechciałabym użyć jednego z sześciu moich życzeń, ale mieszczącego się w limicie jednego tygodnia. Miałam wrażenie, że to za dużo jak na mój umysł. Non stop zapisywałam coś, żeby po chwili to skreślić.
Z moich poczynań wyrwał mnie dopiero dźwięk telefonu, sygnalizujący nową wiadomość. Przez ostatni tydzień regularnie dostawałam od taty MMS’y ze zdjęciami z podróży, na których najczęściej mama pozowała w pełnym uśmiechu na tle cudów architektury i natury. Jednak tym razem to nie było to. Nadawcą był Luke.
7 rano, ubierz jakieś wygodne ciuchy. Podaj mi adres to podjadę.
Serce zabiło mi szybciej z podekscytowania. W zeszłym tygodniu umówiliśmy się, że nie informujemy co będziemy robić. Dajemy jedynie instrukcje co ze sobą wziąć, ewentualnie jak się ubrać. To ma dodać jeszcze pewnego smaczku naszej umowie. Do końca nie mamy pojęcia co nas będzie czekać. Pośpiesznie wystukałam adres mojego domu i wysłałam. W gruncie rzeczy Luke mógłby być złodziejem lub psychopatą, ale nie dbałam o to. Już dawno zdałam sobie sprawę, że nie mam nic do stracenia.
Kierując się tą myślą, zaczęłam wypisywać listę od nowa. Tym razem szło mi to z niebywałą lekkością, mimo że nadal byłam pełna wątpliwości. Na papierze znalazło się pięć równo zapisanych punktów. Uznałam, że na szósty nie przyszła jeszcze pora i dopiszę go w odpowiednim czasie. Z satysfakcją złożyłam kartkę na pół i schowałam ją na dno szuflady. Wzięłam łyk zimnej już herbaty i po chwili  położyłam się do łóżka, szczelnie nakrywając całe ciało kołdrą. Z nadzieją, że jutro przyszło szybko, odpłynęłam w krainę Morfeusza.

Głośny krzyk wyrwał mnie ze snu. Podniosłam się gwałtownie, nie wiedząc co się dzieje. Rozgląnąwszy się na boki, uspokajałam oddech. Światło księżyca i ulicznych latarni wdzierało się do pokoju, który pozostawał w nienaruszonym stanie. Co się do cholery stało? Mój oddech wrócił do normy dopiero po dłuższej chwili. Zaczesałam ręką do tyłu włosy, które opadały mi na twarz. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że nikt się nie włamał, a obudził mnie własny krzyk. Zdezorientowana opadłam spowrotem na poduszki. Wiedziałam, że tej nocy już nie zasnę.

Słońce już dawno wzniosło się za horyzont, kiedy wyszłam z łazienki ubrana w leginsy i długą koszulkę. Po wypiciu dwóch kaw mogłam określić swój stan jako dobry. Na szczęście nigdy nie musiałam użerać się z sińcami pod oczami. Mój organizm chyba już przyzwyczaił się, że nie dosypiam i oszczędzał mi niemiłych dodatków na twarzy. Wiedząc, że mam jeszcze trochę czasu, przygotowałam sobie śniadanie. Nie miałam pojęcia czego spodziewać się po pierwszym życzeniu Luke’a, więc nie nie miałam pomysłu co ze sobą wziąć. Przegryzając tosta, spakowałam do torby butelkę wody i jakiegoś batonika. Miałam nadzieję, że tyle wystarczy, żebym przetrwała dzisiejszy dzień.
Chwilę przed siódmą pod dom podjechało czarne auto, z którego wydobywała się głośna muzyka. Luke czekał na mnie, nonszalancko opierając się o niego. Wyszłam z domu i upewnywszy się, że dokładnie zamknęłam drzwi podeszłam do blondyna. Na nosie miał okulary przeciwsłoneczne, a z twarzy nie schodził mu uśmiech.
- To twój samochód? - zapytałam z podziwem.
Luke z czułością poklepał czarną karoserię BMW.
- Jakieś plusy nazwiska Hemmings jednak są. - odparł z ledwo słyszalnym grymasem
Gdyby moja żuchwa nie była tak dobrze przymocowana, zapewne roztrzaskałaby się na chodniku.
- H..Hemings? TEN Hemmings? - wydukałam
- No i się zaczyna. - mruknął - Tak, dokładnie syn tego Hemmingsa, o którym myślisz, Skylar. Czy możemy już jechać?
Nie chciałam go zdenerwować, naprawdę. Poczułam nagle falę poczucia winy, że zareagowałam jak największa idiotka. Luke otworzył przede mną drzwi od strony pasażera, a ja posłusznie wsiadłam i zapięłam pas. Chwilę później usiadł za kierownicą, znowu uśmiechając się pod nosem.
- Gotowa? - zapytał i odpalił silnik.
- A powiesz mi dokąd jedziemy?
- I miałbym popsuć całą zabawę?
Nie odezwałam się więcej, pozwalając by piosenka The Neighbourhood dudniła mi w uszach. Wciąż myślałam o tym, że Luke jest synem jednego z największych potentatów finansowych w kraju. Wydawał się niezbyt szczęśliwy z tego faktu. Nie wiedziałam czemu i nie miałam prawa tego wiedzieć. Doskonale zdawałam sobie sprawę jak ciężkim tematem mogą być relacje rodzinne. Bądź ich brak.
Nieśmiało spojrzałam na jego profil. Za kierownicą wyglądał pewnie, jakby to było dla niego odpowiednie miejsce. Cicho podśpiewywał tekst lecącej piosenki.
- Nie musisz się krępować, jeśli chcesz dać teraz koncert - odezwałam się w końcu.
- Obawiam się, że twoje bębenki to wytrzymają, Skylar - odparł całkiem poważnie.
- Jeszcze zobaczymy - powiedziałam niby do siebie, ale na tyle głośno żeby to usłyszał.
Wlepiłam wzrok w widok za oknem, gdy usłyszałam jego cichy śmiech.

- Jesteśmy na miejscu. - oznajmił Luke po ponad dwóch godzinach jazdy.
- No chyba sobie jaja robisz. - powiedziałam nadzwyczaj elokwentnie, patrząc na to, co znajdowało się przede mną.
Bungee.
To było jego pierwsze życzenie. Pieprzone bungee.
Chłopak z podziwem wpatrywał się w ponad stumetrowy dźwig, z którego ewidentnie chciał mnie zrzucić i pozbawić życia bez bawienia się w jakieśtam spełnianie życzeń.
- Muszę zapalić. - Jęknęłam.
Nie bałam się wielu rzeczy, ale jedną z tych nielicznych była wysokość. W szczególności upadek z wysokości. Może i byłam samobójczynią, ale to nie był sposób, w który chciałabym, żeby moje życie się zakończyło.
- No dalej, Skylar. Co może się stać? Najwyżej umrzemy. - słowa Hemmingsa zaczęły odbijać się w mojej głowie niczym piłeczka ping-pongowa, gdy paliłam papierosa.
Prychnęłam głośno, strącając popiół. Mimo okularów przeciwsłonecznych, mogłam przysiąc, że Luke uważnie lustrował mnie wzrokiem. W takiej sytuacji starałam się zachowywać naturalnie, ale moje mięśnie były dziwnie spięte. Nie lubiłam, kiedy ktoś się na mnie patrzył.
- Jak wysoko to jest? - zapytałam.
Luke wyciągnął z kieszeni spodni niewielkich rozmiarów ulotkę i zaczął pobieżnie czytać.
- Nieco ponad sto dwadzieścia metrów. - jego uśmiech, o ile to możliwe, stał się jeszcze szerszy.
Przydeptałam niedopałek pod butem i odetchnęłam głęboko.
- No to dawaj, Hemmings. - powiedziałam pewnie, kierując się w stronę kasy i przy okazji zabierając mu okulary. Muszę przyznać, że były całkiem niezłe. Ich właściciel w sumie też.

Przy kasie powitała nas miła brunetka ubrana w krótkie spodenki i bokserkę. Dała nam do wypełnienia jakieś druczki o pełnej odpowiedzialności i tym podobne.
- Skaczecie razem czy osobno? - zapytała
- Razem! - stwierdził bez zastanowienia Luke
- Osobno. - wyrwało mi się w tym samym czasie
Poczułam jak moje policzki czerwienieją, gdy dziewczyna spojrzała na nas zdziwionym wzrokiem.
- No dobra razem. - mruknęłąm, czując się niczym małe dziecko idące na kompromis. W końcu to jego życzenie.
Chwilę później podszedł do nas wysoki mężczyzna, który okazał się instruktorem. Zaczął tłumaczyć nam jak to wszystko miało wyglądać i pocieszył mnie słowami “Nie ma się czego obawiać, od lat nikt nie zginął.” Czyli jednak ktoś zginął.
Kiedy szłam w stronę platformy, która miała zawieźć nas na górę i z której mieliśmy skakać, czułam jak moje serce znacznie przyśpiesza. Zapewne trzęsłam się jak galareta. Natomiast Luke był nadzwyczaj spokojny. Nawet sobie nucił pod nosem!
- Boisz się? - zagadnęłam go.
- Jak cholera.
- To dlaczego tego po tobie zupełnie nie widać?
Podpinanie pod wszystkie linki było dość czasochłone, a moja panika z każdą chwilą wzrastała. Weszliśmy razem z instruktorem do platformy, która chwile później z mocnym szarpnięciem ruszyła do góry.
- Kiedy człowiek tłumi sobie wystarczająco dużo emocji, one w końcu znajdują jakieś ujście. Ja moje trzymam na specjalną okazję. - szepnął mi do ucha, a jego oddech przyjemnie mnie połaskotał.
Mimowolnie przymknęłąm delikatnie oczy. W duchu przeklnęłam, że musiałam zostawić na dole te pożyczone okulary.
- No jesteśmy na miejscu, dzieciaki. - rzucił mężczyzna, gdy platforma zawisła w powietrzu. Naprawdę nie chciałam patrzeć wtedy w dół.
- Trzymacie się siebie mocno i nie puszczacie, aż ci z dołu nie będą was ściągać. - mówił dalej - Mam wam odliczać?
Kiwnęłam głową, a on rozpoczął odliczanie, otwierając drzwiczki. Razem z Lukiem podeszliśmy do krawędzi. Wiatr mierzwił mój koński ogon, kiedy mocno objęłam blondyna w pasie. Po chwili poczułam jego ramiona wokół siebie. Gdzieś w tle słyszałam jak odliczanie nieubłaganie zbliża się do jedynki. Zamknęłam oczy i po prostu odpuściłam.
Nie wiem co myślałam, gdy poczułam jak moje ciało poddawało się prawom grawitacji. Chyba nigdy w życiu tak głośno nie krzyczałam. Luke z resztą też zdzierał gardło. Czułam się pozbawiona hamulców. Linki, które miały za zadanie zapewnić mi bezpieczeństwo, przestały dla mnie istnieć. Przez te kilka chwil prawie całkowicie się wyłączyłam. Miałam okazję poczuć się jak ptak, lżejsza o większość problemów leżących mi na duszy. Spowrotem na ziemię, chociaż w tych okolicznościach to nieodpowiednie słowo, sprowadził mnie radosny krzyk Luke’a.
- Hej, partnerko. Zrobiliśmy to. - jako, że ciągle byłam przyklejona do jego klatki piersiowej, szturchnął mnie delikatnie, jakby chciał sprawdzić czy w ogóle kontaktuję.
- Zrobiliśmy to. - powtórzyłam.
- Jedno za nami. Zostało jedenaście.
Jedenaście marzeń i dwanaście tygodni życia. Miałam zamiar wykorzystać je jak najlepiej.

Spokojnie przeżuwałam swojego batonika, siedząc na masce samochodu, podczas kiedy Luke kilkadziesiąt metrów dalej toczył z kimś zawziętą dyskusję przez telefon. Przy tym bardzo energicznie gestykulował rękami. Nie musiałam być ekspertem, żeby zauważyć, że jest zdenerwowany. Co jakiś czas kopał kamienie, które zaplątały mu się pod nogami.
Wrodzona ciekawość kazała mi dowiedzieć się co go tak poruszyło, ale wiedziałam, że musiałam ją uśpić. Ja mu nie powiedziałam dlaczego chciałam po raz pierwszy popełnić samobójstwo i od niego też nie mogłam wymagać zwierzeń. Ostatnie tygodnie życia warto było spędzić w zgodzie z samą sobą i wszystkimi innymi też. No może z małymi wyjątkami.
- I jak się czujesz, Skylar? - zapytał, kiedy podszedł do swojego wozu.
Niedbale wzruszyłam ramionami i wyciągnęłam z torby butelkę wody. Adrenalina już dawno opuściła moje ciało, a ja byłam nadzwyczaj spokojna.
- Wszystko stało się - przerwałam, szukając odpowiedniego słowa - statyczne.
Luke przechylił głowę, jakby wpadł w głęboką zadumę, ale nadal nie spuszczał ze mnie wzroku.
- To dobrze. - stwierdził po chwili
- Co masz na myśli?
- Zdystansowałaś się od wszystkiego.
- Nie wyjaśnisz mi co ma to dla mnie znaczyć, prawda?
- Wyjaśnię, ale nie dzisiaj.
Nie znaliśmy się długo, bo jak tydzień można nazwać długim okresem czasu? Mimo tego, że zostało go nam już niewiele, chciałam poznać Luke’a jak najlepiej, bo czułam, że kryje się w nim nie tylko chłopak z potrzebą samodestrukcji.

Za nami druga część przygód naszych samobójców i przy okazji pierwsze życzenie Luke'a. Nie będzie to nieskończenie długa historia. Planuję zmieścić się w około piętnastu rozdziałach.
Będę starała się dodawać rozdziały w miarę regularnie, ale nie wiem co z tego wyjdzie (nawet nie wiecie jak bardzo bym chciała, żeby mi się to udało).
Jutro wyjeżdżam, więc przy pomyślnych wiatrach mojej weny rozdział trzeci pojawi się w okolicach 5 sierpnia, taki wczesny przezent urodzinowy dla samej siebie.

Jeśli ktoś z Was chce pogadać, to niech się nie krępuje. Staram się walczyć ze swoją aspołecznością i rozmowy w tym pomagają :)
Do następnego x

16 komentarzy:

  1. Super rozdział! Coraz bardziej zaczyna podobać mi się ten blog. Z niecierpliwością czekam na nowy rozdział. Weny życzę :) xo

    OdpowiedzUsuń
  2. Super rozdział. To sobie Lukę wymyślił ;P
    Czekam na next ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny temat, rozdział również.
    Życzę weny i udanego wyjazdu.
    ~J.

    OdpowiedzUsuń
  4. Swietne. Czekam na nastepny. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Zajebisty . Szkoda że to będzie tylko kilkunasto rozdziałowa historia

    OdpowiedzUsuń
  6. Coraz bardziej wkręcam się w ten fanfic. masz talent. jestem ciekawa kolejnych życzeń. ciekawe co wymyśliła Skyler. Chociaż myślę, że życzenia Luka będą bardziej szalone. no cóż- pożyjemy zobaczymy. nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału. nie wiem co jeszcze napisać. naprawdę super rozdział jak cały ff. pozdrawiam i życzę wenny. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Cudowny. Czekam na nn

    OdpowiedzUsuń
  8. Błagam powiedz kiedy next ., Nie wytrzymam -,-

    OdpowiedzUsuń
  9. Podoba mi się twój blog, czekam na nowe notki.

    OdpowiedzUsuń
  10. Twój blog został nominowany do Libster Awards ! xoxo

    OdpowiedzUsuń
  11. Rany, naprawdę świetne o.0 Jakim cudem siedziałam pod kloszem i wpadałam na te durne Big Love Stories w fanfictionach, nie mogę tego zrozumieć. Świetnie oddajesz emocje, zwłaszcza skok na bungiee - czułam ucisk w żołądku jak Potter przy locie świstoklikiem.

    Niecierpliwie czekam na next i życzę weny!

    OdpowiedzUsuń