20 lis 2015

dziewiętnaście

standardowo, rozdział niesprawdzony

M83 - Wait
Ludzie cierpiący na śmiertelne choroby często na kilka dni przed odejściem z tego świata miewają coś takiego jak „dobre dni”. Wtedy czują się o wiele lepiej i mają nadzieję na to, że może jednak to jeszcze nie jest ich czas. Lekarze nazywają to zrywem. Pacjentom zdecydowanie się poprawia tuż przed tym jak pogorszy się już na dobre.
Ostatnie tygodnie były właśnie moim zrywem. Przeżyłam w czasie nich więcej niż dotychczas w całym moim życiu. Choć przez chwilę mogłam poczuć, że sprawy mogą się jeszcze się ułożyć. Dostałam od losu pokłady szczęścia, które starałam się z całych sił wykorzystać i musiałam stwierdzić, że to mi się udało. Tygodnie spędzone z Luke'em zmieniły mnie i pozwoliły doświadczyć wielu rzeczy, na które dotychczas nie miałam odwagi. Choć przez mały kawałek mojego życia, wreszcie poczułam, że mogę żyć pełną piersią. I właśnie dlatego jestem wdzięczna wszechświatowi za to, że spotkaliśmy się na tym pomoście. Gdybym wtedy to zrobiła, umarłabym jako żałosna i nieszczęśliwa osoba. Teraz, będę przynajmniej spełniona.
Wyszłam z pokoju i od razu skierowałam się do kuchni, w której akurat Sean jadł śniadanie. Zbliżał się czas jego powrotu na uczelnie, więc musiał odstawić na jakiś czas alkohol i śmieciowe jedzenie, żeby wrócić do formy. Z obrzydzeniem wpatrywał się w swoją sałatkę, a ja jedynie pokręciłam z rozbawieniem głową. Na szczęście rodzice byli poza domem, więc mogłam w spokoju spędzić trochę czasu gdzieś indziej niż w moim pokoju bez obaw, że gdzieś spotkam moją matkę. O tacie nie ma co wspominać, bo zobaczenie go graniczyło z cudem. Po powrocie od razu rzucił się w wir pracy, aby nadrobić wszystko, co go ominęło w czasie jego nieobecności.
Gdy popijałam wodę, obserwując uważnie poczynanie Seana, mimowolnie lekko się uśmiechnęłam. Mimo tego, co między nami się wydarzyło, był dobrym bratem. Mógł traktować mnie jak zero, bo przecież od zawsze matka miała go za to lepsze dziecko, ale on zawsze brał jej słowa z dystansem. Dopiero Jesse nas poróżnił.
W końcu Sean się poddał i gwałtownie wstał, nie mogąc już nawet patrzeć na swoje jedzenie. Chciał od razu wyjść z kuchni, ale powstrzymałam go, chwytając go za łokieć. Spojrzał na mnie pytająco, a ja wykorzystałam ten moment na dokładne przestudiowanie jego twarzy. Już jakiś czas temu przestał być nastolatkiem, a stał się mężczyzną. Mimo to, na policzkach miał kilka piegów, które dodawały mu chłopięcego uroku. Wiedziałam, że uda mu się osiągnąć wiele i tego z całego serca mu życzyłam.
Korzystając z okazji, przyciągnęłam go do siebie i mocno objęłam. Na początku, zaskoczony po prostu stał bez ruchu, ale po chwili odwzajemnił uścisk równie mocno. Zamknęłam oczy, chcąc zapamiętać z tego momentu jak najwięcej. Trwaliśmy w takim stanie przez długi czas, podczas którego hamowałam zbierające się łzy. Gdy oderwaliśmy się od siebie, Sean wyglądał na zdezorientowanego. Nie mówiłam już nic, jedynie uśmiechnęłam się pokrzepiająco. Wyminęłam go, chwyciłam swoją torbę i chciałam wyjść do pracy, gdy zatrzymał mnie jego głos.
– Może obejrzymy wieczorem jakiś film?
– Jasne, czemu nie.
#
Nowy sklep był zdecydowanie większy od poprzedniego. Zmienił się też styl wnętrza. Ściany zostały pomalowane farbą tablicową i teraz zdobiły je różne rysunki autorstwa Ashtona, który spędził nad tym dobrych kilka dni. Stare meble przemalowano na biały kolor, aby pasowały do tych nowych. Nowa lokalizacja sprawiła, że sklepem zainteresowali się nie tylko stali klienci. Dawno nie widziałam, żeby pan Irwin był aż tak rozpromieniony. Prawda jest taka, że kochał to miejsce równie mocno jak swoich najbliższych i naprawdę było to widać, w sposobie jakim tym wszystkim kierował. Był to prawdziwy człowiek z pasją i to w nim podziwiałam.
Tego dnia Ashton rządził muzyką puszczaną w tle, więc od rana słuchaliśmy całej dyskografii Green Day. Zgadywałam, że to właśnie dlatego miał tak dobry humor. Lub wczoraj zaliczył. Czasami ciężko było stwierdzić.
– Sky, musisz zrobić jeszcze jedną rzecz, żeby nasz nowy sklep był już tak oficjalnie gotowy – stwierdził bardzo poważnym tonem.
– Zaskocz mnie – powiedziałam, zakładając ręce na piersi.
Ashton podszedł do mnie z grobową miną i rękoma za plecami. Przez chwilę stał i patrzył na mnie z góry, a w końcu pokazał mi, co trzymał w dłoni.
– To miejsce nie będzie skończone, jeśli nie zostawisz tutaj swojego śladu – oznajmił, wręczając mi kredę. – Musisz się tu podpisać.
Mówiąc to, wskazał na puste miejsce, tuż obok jego ogromnego podpisu.
– A masz drabinę?
– Nie ma takiej potrzeby. – Machnął ręką. – Wskakuj na barana.
Minęła zaledwie chwila, a ja siedziałam już na barkach Ashtona.
– Upuścisz mnie! – krzyczałam, gdy chłopak niebezpiecznie się zachwiał. Jedynie zaśmiał się głośno.
– Nie marudź, tylko pisz.
Cały czas próbując utrzymać równowagę, przyłożyłam kredę do ściany i zaczęłam powoli po niej rysować. Na początku, nie byłam nawet pewna jak duży ma być to napis, a do tego ręka mi drżała przez wiercącego się Ashtona, ale dość szybko się przyzwyczaiłam i o wiele śmielej sunęłam po czarnej powierzchni.
– Długo jeszcze? – niecierpliwił się.
– Sam mnie tutaj wsadziłeś, to teraz przynajmniej nie narzekaj – mruknęłam, strzepując kredę z palców na jego włosy.
Dokonałam ostatnich poprawek i szybko znalazłam się na ziemi, aby móc podziwiać moje dzieło z odległości. Bohomazy, które stworzyłam wyróżniały się na tle innych pod negatywnym względem. Niestety, poskąpiono mi talentu do kaligrafii czy rysunku, więc mogłam się schować przy pracy Ashtona. Zdecydowałam się napisać zwykłe Sky i do tego dodać kilka gwiazdek.
– To jest okropne – stwierdziłam, patrząc krytycznym wzrokiem na ścianę.
– Nie gadaj głupot. Ty to stworzyłaś, więc jest świetne – powiedział pokrzepiająco, klepiąc mnie po ramieniu.
Na szczęście, pojawienie się nowych klientów szybko zakończyło ten temat, bo staliśmy się zbyt zajęci, żeby w ogóle zamienić kilka słów. Sama do końca nie byłam jeszcze przyzwyczajona do nowego miejsca, więc wszystko zabierało mi więcej czasu niż zwykle, ale powoli się we wszystko wdrażałam.
Czas tego dnia mijał mi wyjątkowo szybko. Pewnie dlatego, że najczęściej byłam po prostu bardzo zajęta.
Gdzieś koło czwartej, kiedy wszystko powinno się jeszcze bardziej rozkręcić, o dziwo zapanował spokój. Byłam głodna i zmęczona, a zostały jeszcze dwie godziny do końca. W pewnej chwili gdzieś za sobą poczułam zapach jedzenia, a zaraz po tym jak ktoś obejmuje mnie w pasie i stawia przede mną pudełko z chińszczyzną.
– Ratujesz mi życie – powiedziałam, odwracając się do Luke’a.
– Brakuje tylko zbroi i białego rumaka – zaśmiał się z oddali Ashton.
– Czarne BMW też może być – odpowiedziałam mu z rozbawieniem.
– Nie martw się, Ash. Nie mógłbym zapomnieć o tobie.
Rzucił mu podobną porcję jedzenia, po którym zapewne wszyscy się pochorujemy, ale to nie miało znaczenia. Jest jadalne i to najważniejsze.
Podczas gdy Ashton jadł swoją porcję na sklepie, żeby wszystkiego pilnować, razem z Hemmingsem poszłam usiąść na zapleczu. Było ono o wiele większe, w porównaniu z poprzednim. W pomieszczenie została wydzielona część na coś, co nazywałam strefą relaksu. Pozostałe miejsce zajmowały w większości towary.
Usiadłam na nowej kanapie i w spokoju jadłam swoją porcję.
¬– Musisz się na mnie patrzeć, gdy jestem umorusana sosem? – zapytałam pomiędzy kęsami.
– Co prawda, wyglądasz dość zabawnie, ale myślałem raczej o tym jak wyglądałaś wczoraj wieczorem.
Na dźwięk tych słów omal się nie zakrztusiłam, a przy okazji zapadła pod ziemię. Mimo, że nie było czego się wstydzić, nadal czułam się dziwnie skrępowana.
– Musiałeś?
– Cały dzień na to czekałem, partnerko.
Wczorajszy wieczór był najbardziej magiczną chwilą w moim marnym życiu. To nie była tylko zwykła, zwierzęca potrzeba. Pierwszy raz oddałam komuś całe moje ciało i umysł, mając tego pełną świadomość. Od tego czasu, zaczęłam żyć w dziwnym przekonaniu, że zostaliśmy stworzeni do tego, żeby spotkać się na tamtym pomoście. Każde z nas stanowiło poszarpaną całość, które drugie, w jakiś nieznany nikomu sposób, uzupełniało. Na wspomnienie tych chwil, poczułam dreszcze w każdym miejscu, gdzie nasza skóra się zetknęła.
– Krzyczcie, jeśli jesteście nago! – krzyknął Ashton, wchodząc na zaplecze. Za swoje słowa oberwałby ode mnie pudełkiem po jedzeniu, gdybym nie spudłowała, tak, że przeleciało ono dobre pół metra od jego głowy.
Irwin bezceremonialnie usiadł pomiędzy nami i objął naszą dwójkę ramionami.
– Jak się mają moje ulubione gołąbeczki?
– Gotowe do odlotu – powiedziałam, spoglądając na Luke’a, który cicho się zaśmiał i puścił mi oczko.
Przez pozostałą część zmiany właściwie już nic wielkiego się nie działo. Na zmianę z Ashtonem chodziliśmy obsługiwać pojedynczych klientów i powoli zbliżaliśmy się do upragnionego zamknięcia.
Gdy miałam już pójść zamknąć drzwi na klucz, do sklepu weszła zakapturzona postać. Po posturze mogłam sądzić, że był to mężczyzna. Twarz cały czas zasłaniał mi materiał bluzy.
– Przepraszam, ale już… - urwałam w momencie, gdy zobaczyłam z kim mam do czynienia.
Wyglądał okropnie. Miał przekrwione oczy i cały się trząsł. Jego blada skóra odznaczała się jeszcze bardziej w zestawieniu z czerwonymi włosami, które teraz przybrały wypłowiały kolor.
– Co ty tu robisz, Michael? – zapytałam, stawiając krok do tyłu. – Gdzie jest Emily?
Nie odezwał się. Dłuższą chwilę po prostu milczał, aby tuż potem wybuchnąć niepochamowanym i przerażającym śmiechem. Serce zaczęło walić mi jak oszalałe i nie miałam pojęcia co w tej sytuacji zrobić. A jeśli zrobił coś Emily? Nie znam się na uzależnionych od narkotyków, ale na moje oko Clifford był na głodzie, a tacy ludzie często bywają nieprzewidywalni.
– Uwierz mi, - mówił głosem pełnym wyższości i pogardy – to nie o nią powinnaś się martwić.
Michael wyciągnął ręce z kieszeni bluzy, a do mnie wtedy dotarło co miał na myśli. Poczułam jak cała krew odchodzi mi z twarzy. Nogi dosłownie wrosły mi w ziemię, gdy z przerażeniem wpatrywałam się w wycelowaną we mnie lufę pistoletu. Nieświadomie wstrzymałam oddech, bojąc się wykonać choćby najdrobniejszy ruch. Białka miał przekrwione, a w  jego oczach widziałam obłęd.
- Michael, - mówiłam jak najspokojniej potrafiłam – nie chcesz tego robić.
Modliłam się, żeby Luke albo Ashton wyszli w końcu z zaplecza i zobaczyli co się dzieje, bo bałam się krzyknąć. Kątem oka spojrzałam w bok, gdzie stała perkusja.
- To prawda - powiedział wyjątkowo spokojnie. – Nie chcę, ale jestem zdolny do tego poświęcenia.
Bardzo powoli przesuwałam się w stronę instrumentu. Wiedziałam, że mam jedną szansę, żeby zwrócić uwagę chłopaków i nie zamierzałam jej zmarnować. Jednym szybkim kopnięciem zrzuciłam hi-hat’a, powodując tym ogromny hałas. Szybko się przekonałam, że dobrze tego nie przemyślałam, bo gdy na sklepie pojawili się Luke i Ashton zaalarmowani głośnym dźwiękiem, również znaleźli się na muszce.
Pierwszy wyszedł Irwin, który kiedy zobaczył, co właściwie się dzieje, stanął w pół kroku. Zaraz za nim pojawił się Luke.
– Proszę, proszę – zacmokał Clifford. – Widzę, że rodzinka w komplecie.
Zaraz potem znowu zaczął się śmiać.
– Michael, po prostu powiedz czego chcesz – odezwał się Ashton, siląc się na opanowanie. – Pieniędzy?
– Za to, co teraz robię dostanę więcej kasy, niż zarobisz w tej marnej dziurze przez miesiąc.
– O czym ty mówisz? – odezwałam się w końcu.
– Bardzo dobrze, że jest z nami twój kochaś – powiedział, lufę pistoletu kierując na Luke’a. – Niech patrzy jak cierpisz.
Myślałam, że to, co czułam do tamtej chwili było strachem, ale tak bardzo się myliłam. Przerażenie, które ogarnęło całe moje ciało po jego słowach sprawiło, że miałam ochotę zwymiotować.
– Co ty do mnie masz? – Głos Luke nie zdradzał żadnych emocji. Chciałam się odwrócić i spojrzeć na jego twarz, ale nie byłam w stanie tego zrobić. Całe moje ciało był zdrętwiałe i nie potrafiłam wykonać żadnego ruchu.
– Ja? Absolutnie nic.
– To o co ci chodzi?
– Twój ojczulek to niezłe ziółko, Hemmings – powiedział, zbliżając się do niego. – Jak bardzo musi cię nienawidzić, skoro chce odebrać ci tą małą, bezużyteczną dziewczynę, która jednak wiele dla ciebie znaczy? Jak będziesz w stanie spojrzeć w lustro, wiedząc, że to właśnie przez ciebie coś jej się stało?
Te słowa spadły na mnie jak grom z jasnego nieba. Mimo tego, że nadal byłam śmiertelnie przerażona, musiałam się odwrócić, żeby zobaczyć twarz Luke’a i prawie natychmiast tego pożałowałam.
Nigdy nie widziałam go w takim stanie. Wszystkie maski zniknęły i po raz pierwszy zobaczyłam jak naprawdę jest kruchy. Była to twarz człowieka doszczętnie zniszczonego. Chciałam do niego podbiec, ale każdy fałszywy ruch mógł kosztować najwyższą cenę. Już i tak dużo ryzykowałam zrzucając talerze od perkusji. Luke za wszelką cenę unikał patrzenia w moją stronę, jakby faktycznie uwierzył w słowa, które wypowiada Michael. Chciałam, żeby na mnie spojrzał, żeby zobaczył i zrozumiał, że to, co on mówi to tylko puste farmazony, a mi nic nie będzie.
– Po co mój ojciec miałby to robił? – zapytał, chyba bardziej samego siebie, ale Clifford mimo to odpowiedział.
– Musi cię naprawdę nienawidzić, bo słono wycenił tą usługę. Co prawda, miałem tylko postraszyć małą Skylar, żeby cię zostawiła, ale ciekawe czy hojny pan Hemmings podwoi tę sumkę, jeśli załatwię jego synalka?
– Michael, nie rób tego – odezwałam się piskliwym głosem, hamując napływające do oczu łzy. – Błagam, dam mu spokój, tylko na miłość boską, nie krzywdź go.
Spojrzałam na Ashtona, który stał obok Luke’a całkowicie sparaliżowany. Nagle poczułam wszechogarniające poczucie winy. Przecież on nie powinien być w ogóle wplątany w tę sytuację. Nie chciałam nawet myśleć co by było, gdyby coś mu się stało. To on jako jedyny był przy mnie, gdy przeżywałam najgorsze chwile swojego życia, a teraz przeze mnie był w niebezpieczeństwie.
– Nie słuchaj jej – powiedział twardo Luke. – Zrób to, co chciałeś. Załatw mnie.
– Co? Nie! Przestań tak mówić! – wrzasnęłam, nie powstrzymując już łez.
– Cisza!
– Skończ tę szopkę. Obaj dobrze wiemy jak bardzo chcesz to zrobić – mówił, patrząc wyzywająco w oczy chłopaka. – W porównaniu do mnie przecież jesteś nikim. Jedno wielkie zero. Dopiero, gdy masz spluwę w ręce możesz poczuć się lepszy. To żałosne, Michael. Tak samo jak ty, marny ćpunie.
Co on wyprawiał?! Specjalnie prowokował Clifforda, żeby ten do niego strzelił. Cała się trzęsłam z obawy przed tym, co mogło stać się za chwilę. Okropnym było myśleć o sobie w takim momencie, ale wiedziałam, że nie poradzę sobie bez niego. On był jedyną osobą, która trzymała mnie przy życiu.
– Sam się o to prosiłeś, Hemmings.
I potem padł strzał.
Epilog jutro lub w przyszłym tygodniu, to zależy od Was. Komentujcie i tweetujcie z hashtagiem #PaktFF :)

3 komentarze:

  1. Nie nie nie prosze dodaj nastepny. Epilog prosze powiedz że zrobisz 2 cz. Prosze. Kocham to opowiadanie. To nie może być koniec

    OdpowiedzUsuń
  2. W momencie przeczytania tego rozdziału szczęka mi opadła. Jak co kiedy .... nic nie rozumiem, cholera co tu się właśnie stało

    OdpowiedzUsuń